Czy zmarli mogą się kontaktować?

Dokładnie taki temat opublikowany przez znajomego przypomniał mi postać wspaniałego iluzjonisty żyjącego na przełomie XIX/XX wieku. Harry Houdini urodził się w Budapeszcie w rodzinie żydowskiej jako Erik Weisz. W Stanach Zjednoczonych, do których wyemigrował w dzieciństwie, znany był z dwóch rzeczy: z trików iluzjonistycznych (specjalizował się w wyzwalaniu się z więzów w najbardziej ekstremalnych warunkach) i z demaskowania tzw. mediów, ludzi, którzy głosili, że mają kontakt ze światem duchów.

Houdini 1914, źródło: czeluście internetu.

Jego druga pasja wynikała z wiedzy i gniewu. Biegłość w sztuce iluzji pozwalała mu ujawniać oszustwa, którym dawali się zwieść przeciętni obserwatorzy tego, co na seansach wyprawiały rzekome media. Śmierć matki, Cecilii Steiner (1841-1913), przyciągnęła z kolei jego uwagę do plagi hohsztaplerstwa, które żerowało na ludzkim nieszczęściu. Jako profesjonalista nie miał po prostu cierpliwości do odstawianej tandety, jako człowiek do chciwości i małoduszności. Spirytyzm i spirytualizm zaczęły być modne w połowie XIX wieku, a to jako echo romantyzmu z jego fantazmatami, a to za sprawą teorii francuskiego spirytysty Allana Kardeca. Liczba nawiedzonych stolików rosła – jedni traktowali je jako popołudniową rozrywkę, inni zaś śmiertelnie poważnie. Na początku XX wieku Houdini stał się młotem na oszustów, którzy z braku innych talentów zarabiali na cudzym cierpieniu i nadziejach.

Długiej kariery Houdiniego w detalach nie będę tu przytaczała, jest to bardzo ważna postać dla kolejnych pokoleń iluzjonistów. Jedynie trzy punkty:

  1. Był członkiem komitetu magazynu Scientific American, który to magazyn oferował nagrodę pieniężną (całkiem grube $5,000) za obiektywne zademonstrowanie własnych zdolności spirytystycznych. Houdini brał udział w seansach tak skutecznie (demistyfikował w jaki sposób „media” generowały ruch lub dźwięki rzekomo produkowane przez duchy), że nagroda nie została nigdy przyznana. Jeśli w owym czasie była w Stanach jakaś osoba, która faktycznie mogła się kontaktować z duchami, z nieznanych przyczyn Houdiniego unikała i nie zależało jej na 5 kaflach. Skromnisia.
  2. Jego praca demaskatorska kosztowała go przyjaźń ze znanym pisarzem, co pokazuje jak zmyślenia mogą być głęboko zakorzenione i dominować nad życiem i wartościami. Sir Arthur Conan Doyle (tak, pan od Sherlocka) nie mógł pogodzić się z tym, że jego przyjaciel nie wierzy w spirytualizm i co gorsza demaskuje media spirytystyczne. W związku z tym w późniejszych latach rozpowszechniał opinię, że sam Houdini był wielkim medium – rzekomo potrafił wyzwalać się z więzów za pomocą potęgi swojego umysłu (co w zasadzie można uznać za prawdę, bo rzeczywiście nie czym innym a głową Houdini wymyślał swoje sztuczki, tyle, że sir Doyle’owi nie o to się rozchodziło), ale też używał paranormalnych zdolności do blokowania medium z niższego levelu. Po-waż-nie.
  3. Houdini zawarł ze swoją żoną Bess umowę, że jeśli umrze (gdyż każdy umiera) i przekona się, że faktycznie istnieje życie po życiu, skontaktuje się z nią pewnymi słowami. W związku z tym Bess przez 10 następnych lat w dzień jego śmierci (a zmarł Houdini w … Halloween. Psipadek? Muahahaha) organizowała seanse spirytystyczne, których celem było skontaktowanie się z mężem. Chyba się bardzo lubili i dobrze znali (niewiele kobiet mogło w tamtych czasach powiedzieć, że pracuje ze swoim mężem), przypuszczam więc, że miała nadzieję, iż tak właśnie się stanie. Niestety żadne z obecnych na nich mediów nie wpadło uczciwie na hasło. W roku 1936 Bess zdecydowała, że 10 lat to wystarczający czas jaki dała Harry’emu i zaprzestała dalszych usiłowań. Do dzisiaj 31 października kultywując pamięć o wielkim Houdinim magicy organizują seanse spirytystyczne na jego cześć. Nie mają one już jednak ciężaru dowodu naukowego. Hasło brzmiało: „Rosabelle believe”. Oh, well.

Absurdy monarchii.

W środę wnuk królowej brytyjskiej z żoną, mający żadne szanse na zostanie kolejnym królem Zjednoczonego Królestwa, ogłosił, że rezygnuje z pseudomonarszych obowiązków i z całym szacunkiem dla babci zamierza dzielić czas swojej rodziny pomiędzy Wyspy i Amerykę Północną. Media pozwoliły sobie w związku z tym zaserwować mały kociokwik, bo nie wiem jak w Australii, ale przynajmniej w kraju nad Wisłą temat pożarów już jedzie na oparach (że tak sobie pozwolę zażartować … dwa dni temu zaatakował mnie tytuł, jakoby Rozenek wypowiedziała się na temat Australii, nie kliknęłam, ale rozumiem, że w takim razie kwestia jest już zamknięta, jeszcze tylko kilka zdjęć zwęglonych ciałek w podsumowaniach miesiąca i dziękujmy, że mamy Sussexów).

Mówimy o dwojgu ludziach po trzydziestce, którzy do tej pory zachowywali się dość przyzwoicie pilnując, żeby prasa nie sfotografowała ich z butami, które odkrywają palce, za to w kapeluszach i efekciarskich mundurach obwieszonych rupieciami, jakby Harry miał okazję brać udział w II wojnie światowej. Parze, która z godnością przebrnęła przez własną imprezę ślubną, która musiała być taka a nie inna, bo ach, ktoś mógłby dostać apopleksji. Parze, której prasa niemalże asystowała przy zapłodnieniu królewskim i królewskim porodzie, aby potem sprawdzać, czy królewskie dziecko jest odpowiednio trzymane. Ta sama prasa wmanewrowywała ich w wyimaginowaną rywalizację z drugą parą, która też zmaga się z nadzorowanymi zapłodnieniami, chodzeniem w butach koniecznie z palcami i z torebkami bez pasków. Na chwilę obecną media donoszą o „reakcjach” królowej i jej najbliższych, do których dostępu nie mają. Produkowane są więc jak zwykle zmyślone historie z „pewnego źródła” oraz wypowiedzi dziesiątych wód po kisielu w rodzaju tego pana, który oskarżając Markle o wykorzystywanie męża, sam pisze nieautoryzowane biografie:

Nie twierdzę przy tym, że Markle nie wykorzystuje męża, zwracam tylko uwagę na sytuację całkiem paradną w związku z tym z czyich ust pada takie oskarżenie.

Harry i Meghan spędzili sześć tygodni na świątecznych wakacjach w Kanadzie i zapewne to był dość przyjemny czas – nie dziwię się, piękny kraj, a Toronto jak na metropolię jest miastem zadziwiająco spokojnym i wygodnym, gdzie każdy pilnuje swojego nosa. Biorąc na co dzień udział w przedstawieniu łatwo można tam zatęsknić za normalnością. Nie poruszam tego tematu będąc fanką Sussexów czy Cambridge’ów, są to dla mnie rodziny bardzo mało istotne w moim własnym świecie. Zdumiewa mnie zapał z jakim ludzie wywierają na kogoś i na siebie samego presję z tytułu obowiązków zupełnie urojonych. W tym konflikcie mamy monarchię, która będąc rodzajem obwoźnego cyrku wprawdzie zarabia, ale jednocześnie, jeśli do pieniędzy dodamy złamane życia i stracone nadzieje, generuje ogromne koszta. Są media, które robią z monarchii pożywkę na każdy sezon ogórkowy, ale też, co już jest naganne, produkują o niej pseudosensacje spychając w cień informacje znacznie istotniejsze dla przetrwania ludzi na Ziemi. Są w końcu konsumenci, masa siedzącą przed ekranami telewizorów i komputerów, którzy próbują brać udział w tym reality show za pomocą mediów społecznościowych, napominając, przyklaskując, opiniując i zatwierdzając. Wszystkie te grupy usilnie promują przekaz „musisz kontynuować rozpoczęte działanie w imię wartości”, choć obserwując je łatwo zauważyć, że wartości na które się powołują, z pewnością nie są istotne dla nich samych.

Nie będę się rozwodziła nad faktem, że monarchia jest systemem zmurszałym i działa w Zjednoczonym Królestwie głównie dlatego, że od kilku wieków parlament z sukcesem zacieśniał jej na pysku kaganiec. Pozostanę przy kwestii, że są w Europie miejsca, chociażby w Skandynawii, gdzie ma mniej operetkową, bardziej ludzką odsłonę (niech w tym przypadku „ludzki” posłuży mi jako pozytywne określenie). Są historycy, którzy twierdzą, że Rewolucja Francuska przygotowywała się kilkadziesiąt lat, a jej zaczynem były rządy Króla Słońce, który doprowadził dworskie życie do ośmieszających absurdów. Monarchia brytyjska: reorganizacja czy upadek? Jeszcze kilkanaście lat temu upatrywano w młodym Williamie tego, który przeprowadzi reformy. Już o tym zapomniano, przekaz z zewnątrz zmienił się na: łysiej i się uśmiechaj. Rodzina Cambridge’ów weszła w rolę kukiełek, bo łatwiej być buntownikiem, gdy jest się bardzo młodym. A gdy już się weszło jak w masło, o ile łatwej jest czuć gniew, że inni się jeszcze buntują, dają nadzieję, którą mieliśmy być my sami. Ciekawy czas otwiera się przed rodziną (jeszcze) królewską. I kto ostatni zgasi światło?

Na pomoc nauce.

Lekko nie jest. Dyskutuję sobie od czasu do czasu na różne tematy i niestety mam jasny przegląd tego jak nawet inteligentni skądinąd ludzie w demagogicznym porywie głoszą teorie, których potwierdzenia nie mogę znaleźć nigdzie poza linkami do stron tropiących spiski lub psychologii popularnej. W samych hipotezach czy teoriach nie ma niczego złego – nauka zaczyna się od swobodnej wędrówki wyobraźni, żąda jednak pracy, obserwacji, eksperymentów, dowodów i umysłu otwartego na kwestię, że może być nie do końca tak, jak nam się wydaje. Witkowski tłumaczy to następująco:

Myślę, że zaważyło tu kilka kwestii. W 1969 r. opublikowana została książka „Psychologia samooceny”. Jej autor, Nathaniel Branden, starał się w niej udowodnić, że wysokość samooceny jest najważniejszym czynnikiem w kształtowaniu osobowości człowieka. Według niego sukces szkolny, powodzenie zawodowe i zachowanie miało zależeć głównie od samooceny. Książka spotkała się z ogromnym uznaniem, mimo że na postawione w niej tezy nie było dowodów empirycznych, potwierdzały je jedynie dane anegdotyczne. Przekonanie o dobroczynnym wpływie wysokiej samooceny dokonało prawdziwego przewrotu głównie w edukacji. Przełożyło się bowiem na oczekiwanie szacunku dla wszelkich indywidualnych przekonań – od tamtego czasu jesteśmy uczeni, że nasze poglądy są wartościowe jedynie dlatego, że są nasze, że mamy do nich prawo i nikt nie może się z nas naśmiewać. Rzecz w tym, że nauka jest kwestią nie opinii, ale dowodów. Tymczasem tezy naukowe przestały być przez przeciętnych ludzi weryfikowane według ich zgodności z rzeczywistością, stały się sprawą wiary czy indywidualnych przekonań. Do tego doszła moda na filozofię New Age, poszukiwanie własnej drogi itd. To wszystko sprawiło, że kiedy dziś ktoś publicznie głosi nonsens, czujemy się w obowiązku ten nonsens tolerować – nawet wtedy, kiedy jest on niebezpieczny dla innych, tak jak przekonanie o szkodliwości szczepionek.

– dr Tomasz Witkowski w rozmowie z Katarzyną Wierzbicką dla „Przeglądu”.

Autor wypowiedzi odnosi się głównie do grasowania pseudonauki na polu psychologii, ale powyższa wypowiedź zgrabnie sygnalizuje ważny problem: nieumiejętność odróżniania faktu od opinii.

W sukurs pseudonauce idzie rozwój Internetu. Nie ma bredni, która nie została w sieci napisana oraz nie zyskała przynajmniej kilku zwolenników. Są to brednie związane z kultami religijnymi, przekonaniami spiskowymi, przekonaniami opartymi o megalomanię i inne problemy ich autorów wołające o pomoc psychiatryczną.

Pomagają pseudonauce niewinne zachowania przeciętnego użytkownika w sieci, który kopiuje w portalach społecznościowych fałszywe cytaty nie zawracając sobie głowy, czy to co umieścił odpowiada faktom (gdy kiedyś zwróciłam uwagę mojemu znajomemu, że pociska pierdy, stwierdził, że on nie ma czasu tego sprawdzać, bo zajęty jest). Pomaga jej jaranie się obrazkami podpisanymi mylącymi, wyssanymi z palca informacjami. Taką bzdurę sprzed lat ponownie zobaczyłam na facebooku wśród moich znajomych: wataha 25 wilków z rzekomej Rumunii poddana analizie – jak to niby na początku idą trzy osobniki chore, a na końcu przywódca stada. 4 lata temu odniósł się do tego Wajrak, ale w sieci nic nie ginie, w szczególności kupa zawarta w kilku zdaniach (pamiętajmy, że ludzie są zarobieni, nawet, a może w szczególności, bezrobotni, i nie mają czasu czytać dłuższych wywodów). Bzdet wędruje sobie po świecie porysowany kredkami dla dodania naukowości i ostatnio wybił na profilu u znajomej, która ma dwa magistry. Ręce opadają.

Pomagają pseudonauce różnej maści celebryci lub osoby znane z innej, nawet sensownej działalności, którzy wypowiadają się na tematy o których wiedzy nie posiadają, a robią to, bo mogą, bo ktoś im podstawił mikrofon …

… i tu może przejdę do pomocy nauce. Oczywiście najlepiej byłoby, gdybyście czytali rozumnie to, co promujecie, kopiujecie i lajkujecie. Fajnie byłoby, gdybyście zadawali logiczne, krytyczne pytania. Zakładam jednak, że już to robią ci, którzy dawno odkryli, że można, a ci którzy nie robią, może zaczną, lub też i tak nie będą w stanie następnym razem powstrzymać się od przekonania, że wszystko, co przeczytali jest prawdą, bo oni to przeczytali. Abstrahując od personalnych możliwości – realną pomocą nauce jest propagowanie wiedzy na temat tego, która napotkana w przestrzeni publicznej opinia jest (na podstawie aktualnej wiedzy naukowej) bzdurą. I stąd podsyłam link do głosowania w plebiscycie Biologiczna Bzdura Roku 2019 przeprowadzanego przez Łukasza Sakowskiego z totylkoteoria.pl. Warto zapoznać się z wypowiedziami i unieść się trochę ponad własne przekonania. Ja np. ze zdumieniem wśród kandydatów na Bzdurę Roku znalazłam profil Dziewuchy Dziewuchom:

Rozumiem intencję, żeby przeciwdziałać stygmatyzacji, ale … dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. I trochę mi szkoda. Nie zagłosowałam akurat na Dziewuchy, choć prawie o włos …

Portret na podstawie prehistorycznego DNA.

Dziegieć brzozowy (smoła brzozowa) zawierający betulinę, środek antyseptyczny, był używany dawniej jako lecznicza guma do żucia. Doskonale zachowany w błocie kawałek takiej substancji z prehistorycznymi śladami zębów znaleziono na wsypie Lolland (Dania) i odczytano z niej DNA dziewczyny żyjącej w epoce wczesnego neolitu:

Jest to pierwszy taki przypadek, gdy pełny genom ludzki udało się pozyskać z czegoś innego niż kość. Dzięki smole brzozowej sprzed 5,7 tys. lat wiemy jak wyglądała żującą ją osoba, co jadła i na co chorowała.

Lola miała niebieskie oczy, śniadą cerę i ciemne włosy. Genetycznie była bliżej spokrewniona z myśliwymi-zbieraczami z kontynentu niż z mieszkańcami Skandynawii. Zanim zaczęła rzuć smołę jadła orzechy laskowe i mięso kaczki. Wiemy też, że nie tolerowała nabiału (rzecz nienadzwyczajna – to osoby tolerujące nabiał są mutantami, nie odwrotnie), mogła chorować na mononukleozę, zapalenie płuc i dziąseł. Jej wygląd nie był dla naukowców zaskoczeniem – jaśniejszy odcień skóry i włosów podobnie jak trawienie mleka u osoby dorosłej pojawiły się jako adaptacja do zmiany warunków życia – niższego promieniowania uv i uzależnienia przetrwania od hodowli zwierząt domowych. Wbrew temu co sugeruje zamieszczony rysunek, naukowcy nie są w stanie określić wieku osoby żującej dziegieć. Wnioskując z warunków życia możemy jedynie domniemywać, że była ona raczej młoda niż stara w dzisiejszych kategoriach.

Odkrycia prehistorycznej gumy do żucia dokonano w zeszłym roku, gdy archeologowie ruszyli do zbierania artefaktów zanim pochłonie je niepamięć i beton podwodnego tunelu, który ma połączyć wyspę Lolland z niemiecką wyspą Fehrman. Z niepozornej grudy o wymiarach 2×3 cm udało się uzyskać informacje o czyimś życiu – dokonanie tego jeszcze 40 lat temu byłoby niemożliwe.

Aborcja Bez Granic działa w Polsce.

Abortion Support Network to międzynarodowa inicjatywa, której celem jest informowanie i niesienie praktycznej pomocy (tłumaczenie, finanse, nocleg) kobietom chcącym przerwać ciąże. Działa od ponad 10 lat w krajach w których przepisy anty-choice systemowo utrudniają kobietom podejmowanie własnych decyzji dotyczących rozrodu. W sieci ruszyła strona przeznaczona dla obywatelek Polski, ABORCJA BEZ GRANIC, która zrzesza sześć organizacji z czterech państw (znajdują się w niej dwie organizacje polskie: fundacja Kobiety w Sieci i Aborcyjny Dream Team).

Informowanie nie jest przestępstwem. Nie jest nim podróż do kraju, gdzie aborcja jest legalna. Po irlandzkim referendum mamy mniej klientek z Irlandii. (…) Uznałyśmy więc, że możemy przesunąć pieniądze do Polski.

Mara Clarke, założycielka ASN, ma oczywiście na myśli referendum z zeszłego roku w którym pytano obywateli o ósmą poprawkę do Konstytucji. Ponad 66% zagłosowało za zniesieniem punktu, który mgliście pozwalał w Irlandii na aborcję tylko w przypadku zagrożenia życia matki. Jeszcze w 1983, gdy wprowadzano ten zapis, irlandzki Kościół rządził i dzielił bezwzględnie, partie polityczne mogły się upajać poparciem wymachując krzyżem przy wprowadzaniu ustaw. Ósma poprawka sprowadziła widmo zagrożenie życia na kobiety w ciąży. W 2012 roku bardzo głośnym przypadkiem była śmierć Savity Halappanavar, której odmówiono aborcji po niekompletnym poronieniu (serce płodu nadal biło). Żeby rozpocząć procedurę Savita musiała gnić od środka … tak też się stało.

Dlaczego debata aborcyjna nadal toczy się wokół pytania, czy aborcja jest dobra, czy zła, a nie, czyja to decyzja, by zakończyć ciążę. Jeśli zajdziesz w ciążę jutro, to czy chcesz, by rząd miał prawo zmusić cię do posiadania dzieci lub nieposiadania ich? Czy może jednak lepiej, byś to ty, osoba, która jest w ciąży, podejmowała taką decyzję?

Opinii Mary Clarke najwyraźniej nie podziela Rzecznik Praw Dziecka, Mikołaj Pawlak (ten, który uznaje klapsa za dobrą metodę wychowawczą – ma dwóch synów i ta informacja powoduje, że człowiekowi robi się smutno na duszy), który zapowiada doniesienie do prokuratury. Rozwój sytuacji i polskojęzyczny szum wokół ASN będę obserwowała z zaciekawieniem. Żeby zamieszać Czytelnikom, którzy już wyrobili sobie ocenę – przyjęłabym informację o mojej osobistej ciąży z radością.

Klimt, nie Klimt.

Moja opinia na temat zachowań „moszczących” związanych z przygotowaniami do świąt jest ironicznie-zdystansowana, w związku z tym obrazek powyżej dość mnie bawi.

Skoro już zaś zjadłam wigilijną kapustę i drugiej w tym miesiącu nie będzie, mam Wam do opowiedzenia ciekawy przypadek, który być może znalazł swój epilog w ostatni wtorek. Otóż, ponad 22 lat temu w Galerii Sztuki Współczesnej w Piacenzy ze zgrozą odkryto zniknięcie tego oto obrazu:

Został namalowany przez Klimta w 1917, rok przed śmiercią artysty i co ciekawe, skrywa pod sobą inne jego dzieło. Zanim obraz zniknął z galerii, która zakupiła je w 1925 roku, prześwietlenia ujawniły, że Klimt zamalował nim inny portret, kobiety w kapeluszu, swojej rzekomej nagle zmarłej kochanki.

Historia kradzieży odkrytej w lutym 1997 roku jest zagmatwana i owiana wieloma przypuszczeniami. Jedno z nich głosi, że obraz został „skradziony” przed specjalną wystawą, aby ukryć podmianę oryginału na kopię, która mogła wisieć w galerii już jakiś czas. W tym samym roku zresztą w ręce policji wpadła doskonała kopia „Portretu kobiety” w przesyłce do byłego, skorumpowanego premiera Włoch, Bettino Craxiego, który do końca swoich dni chował się w Tunezji przed zbyt nagłym powrotem do umiłowanej ojczyzny. Kopii obrazu jest wiele …

… i tak oto przeskakujemy w czasie do tego wtorku. Otóż, ogrodnicy (czyżby wiedzeni porywem przedświątecznej pracowitości?) zajęli się chaszczami wzdłuż zewnętrznej ściany galerii. Specjalnym sprzętem potraktowali wyschnięty bluszcz, aby się przekonać, że skrywał on drzwi za którymi znaleźli właz, za włazem czarny worek, a w nim futerał. W futerale zaś obraz, który do złudzenia przypomina zachachmęcone pokolenie temu dzieło z zestawem oficjalnych pieczęci muzealnych na odwrocie. Czy to oryginał, jeden z najbardziej poszukiwanych obrazów na świecie? Jeśli tak, wynikałoby z tego, że zguba nigdy nie opuściła murów galerii. Jeśli nie, cała historia zyska jeszcze jeden zwrot akcji, który niczego nie wyjaśnia.

A przy tym … 60 mln €. Morał? Od czasu do czasu warto sprzątać w obejściu, choćby dla sportu.

Bycie sobą nie jest wcale takie straszne.

Prezent mikołajkowy … trzy kobiety i ich historie, twarze, które nie pozostawiają mnie obojętnej, inspirują do przemyśleń na temat wartości w moim własnym życiu. Jeśli pragniemy się dopasować, nie wystawać, a jednocześnie chcemy być zapamiętani, ważni, nietuzinkowi, warto zdać sobie sprawę, że są to potrzeby wiodące w dwóch różnych kierunkach. Trzeba coś wybrać.

Melanie Gaydos (ur. 1990), modelka:

Abby Roach znana jako Abby the Spoon Lady (ur. 1981), buskerka:

Ilona Royce Smithkin (ur. 1920), malarka, late bloomer:

Tęsknię za Tobą, Żydzie.

Gdy Rafał Betlejewski w 2010 roku zaczynał ogólnopolski projekt umieszczania tego hasła na murach zdarzało się, że odbierano to jako przejaw jego antysemityzmu. Ba, na Powiślu został aresztowany właśnie pod pretekstem szerzenia antysemickich treści. Przeczytajcie jeszcze raz:

TĘSKNIĘ ZA TOBĄ, ŻYDZIE

Widzicie tu jakieś niestosowne słowo? Czyżby było to słowo „Żyd”? Ktoś z Was używa go jako przekleństwa, obelgi? Niemożliwe. W naszym kraju jakże tolerancyjnym? Doprawdy nie wierzę, to musi być jakaś pomyłka.

Betlejewski maluje to hasło tam, gdzie Żydzi mieszkali. Maluje on, malują inni. Wola, Brzeska, Powiśle, Otwock, Szczecin, Cieszyn, Kraków … małe miejsca, duże miejsca, ogołocone z Żydów, naszych sąsiadów. Widzicie jak piszę to słowo? Rozumiecie różnicę pomiędzy małą a wielką literą? Nie będę tłumaczyła, wiem, że ogarniecie, szkoła powszechna jest w Polsce za darmo. O akcji można poczytać tutaj ➡ tesknie.com. Można tam również dodać własne wspomnienia o Żydach 🗨.

Piszę o tym dzisiaj, ponieważ właśnie przeczytałam, że sąd w Węgrowie (woj. mazowieckie) ukarał grzywną w wysokości 1,1 tys zł Betlejewskiego oraz żydowskiego aktywistę Dawida Gurfinkiela za umieszczenie na drzewach w rynku w tym mieście baneru o treści „Tęsknię za Tobą, Żydzie”. Napis wisiał podobno niecałą godzinę i nie spowodował żadnych szkód materialnych. Cel akcji był taki jak zawsze:

Chcę odzyskać słowo Żyd, wyrwać je antysemitom, którzy w tym kraju są jedynymi, korzystającymi z niego w sposób nieskrępowany. Dążę do zbudowania platformy, służącej do wyrażania pozytywnych emocji w kierunku ludzi określanych mianem Żydów.

(gdybyście byli zainteresowani, to dlatego słowo Żyd pojawia się jako tag na wszystkich moich blogach). Akcja w Węgrowie upamiętniała m.in. zamordowanego na tym rynku w 1939 roku, w święto Jom Kipur, rabina Jakuba Mendla Morgensterna oraz zastrzelonego podczas deportacji do Treblinki w 1942 roku szefa rady miasta, Mendla Hollanda, stryja reżyserki Agnieszki Holland. Ten drugi zginął, bo nawoływał innych, żeby się nie poddawali.

Przed wojną połowa obywateli miasta byli to Polacy żydowskiego pochodzenia, a w czasie drugiej wojny węgrowskie getto mieściło ich ok. 11 tys., z czego ok. 8,5 tys. wywieziono do Treblinki. Część mieszkańców Węgrowa przyłączyła się do niemieckiej akcji likwidacji sąsiadów, w tym niektórzy członkowie Straży Pożarnej. O społeczności po której zostało dziś niewiele śladów (dwie synagogi zniknęły z powierzchni ziemi), można poczytać na stronie Wirtualny Sztetl. Nie chodzi o to, aby odgrywać ofiarę. Chodzi o to, aby wiedzieć, pamiętać, reagować.

Sąd w Węgrowie znalazł dla tej grzywny stosowny paragraf, mnie bardziej poraża coś innego, bo szmery wśród tłuszczy są gorsze i przynoszą znacznie bardziej dalekosiężne skutki niż sąd.

Najczęściej powtarzający się refren w ewentualnych kontaktach (prezydent, dom kultury) — »My już upamiętniamy, więc panom dziękujemy«. Nie spodziewaliśmy się jednak, że ten »chłód« zmieni się w otwartą wrogość już na miejscu.

Najbardziej akcją zainteresowali się lokalni działacze PiS i równie miejscowi faszyści. Nie pozostaję obojętna. Wścieka mnie to. W linku do zrzutki jest więcej informacji.

Dla siebie i innych zapisuję również link do książki o ostatnim Żydzie z Węgrowa.

Trzecia na świecie wioska Muminków będzie w Borowicach!

Borowice, niewielka miejscowość w Dolinie Pięciu Potoków, po Finlandii (wyspa Kailo w pobliżu Naantali) i Japonii (Hanno w prefekturze Saitama) będzie trzecim domem dla parku rozrywki pod szyldem Muminków.

Wieś jest położona w regionie Karkonoszy nazywanym Karkonoskim Padołem Śródgórskim, Leiterwegsenke. Założył ją w XVII wieku, w okresie wojen religijnych, wygnaniec z Czech, szwajcarski cieśla, protestant, Meertin Marksteiner. Z rzeczy dobrych, od 1989 odbywa się w tym miejscu festiwal poezji śpiewanej „Gitarą i …”. Poza tym istnieje na jej terenie ośrodek Kalevala odznaczony przez premiera Finlandii znakiem Suomi100. To właśnie w tym miejscu powstanie wioska Muminków.

„A Black Moomintroll Walks around Town”, obraz namalowany przez mamę Muminków w 1934 roku, obecnie w muminkowym muzeum w Tampere.

Japońskie kreskówki, które popularyzują Muminki w stylu kawaii, idą w raczej zdziecinniałym, niezbyt refleksyjnym kierunku, który podoba się chyba także polskim dorosłym przekonanym o tym, że nie dla dzieci są dylematy moralne. Natomiast literatura na której oparto muminkowy fandom jest wnikliwa, oparta na obserwacjach z życia, miłościach autorki do ludzi i skandynawskiej kultury – przypomina bajki terapeutyczne, choć nie taki pewnie był cel autorki. Warto zdać sobie sprawę, że Tove Jansson, mama Muminków, z wykształcenia była malarką, a słowo pisane było po prostu kolejną emanacją jej wrażliwości. I choć są Muminki częścią fińskiej kultury, książki powstały po szwedzku, bo Jansson bardzo słabo posługiwała się językiem ojczystym. Jeśli dodamy do tego, że autorka była lesbijką i sportretowała swoją partnerkę życiową w postaci Too-tiki … 😊 Nic nie jest proste.